miras

Jestem w połowie drogi

Wywiad dla „Przeglądu Sportowego”.

PRZEGLĄD SPORTOWY: Nieoczekiwanie został pan członkiem Rady Nadzorczej Widzewa Łódź. Czyli po dekadach nieobecności znowu jest pan w Widzewie. Co się stało?

MIROSŁAW TŁOKIŃSKI: Osoba ktora zaprezentowała mnie Sylwestrowi Cackowi był ambasador Zdzisław Rapacki, polski przedstawiciel przy Biurze Narodów Zjednoczonych w Genewie. Widocznie spodobał się wlascicielowi Widzewa mój sposób widzenia piłki, bo tego samego dnia zaproponował mi członkostwo w Radzie Nadzorczej Widzewa.

PS: Pan to robi z sentymentu dla Widzewa?

MT: Nie z sentymentu, a z miłości.Zawsze twierdziłem , że „matka” która mnie urodziła to Wybrzeże a „matka” która mnie wychowała to Łodz . Nie widzę innego klubu, dla którego mógłbym tyle zrobić. W tej drużynie zaistniałem jako zawodnik, wyrobiłem sobie piłkarskie nazwisko. I teraz chcę mu pomóc. Jestem instruktorem wychowanie fizycznego w szkole, pracuję tylko cztery godziny dziennie, mam pięć miesięcy wakacji płatnych w roku, a więc dysponuję dużą iloscią czasu na inne sprawy. Raz na parę miesięcy lecę do Łodzi na posiedzenie Rady Nadzorczej. Wypowiadam się przede wszystkim w sprawach sportowych, bo w innych obszarach mają lepszych ode mnie fachowców.

PS: Pańskim zdaniem Widzew powinien być ukarany degradacją za udział w aferze korupcyjnej?

MT: To jest sprawa bardzo prosta. Uczciwi ludzie w polskiej piłce byli w mniejszości. Dlatego zła opinia o sporcie promieniuje także na tych uczciwych. Widzew znalazł się w sytuacji, w której błąd popełnił najprawdopodobnie jeden człowiek…

PS: … ma pan na myśli dawnego współwłaściciela klubu Wojciecha S, któremu postawiono zarzuty korupcyjne?

MT. Nie są to moje myśli , ale wnioski na podstawie tego co czytałem o jego zeznaniach w prokuraturze. I teraz jest pytanie, czy za błąd tego człowieka powinien płacić cały klub? Powtarzam, Widzew ponosi konsekwencje za grzechy jednego człowieka. Ale mimo to nie będę jednak płakał, że Widzew został karnie zdegradowany. Ja sam choć jestem członkiem RN, to czuję się niewinny, podobnie jak moi koledzy z obecnych władz klubu. Ponoszę tylko konsekwencje działalności nieuczciwego czlowieka , ale nie chcę żeby ktoś powiedział , że Tłokiński jest oszustem, bo jest w klubie, w którym kiedyś ktoś dopuścił się oszustwa. To tak jak w rodzinie. Jeżeli dziecko popełnia jakieś przestępstwo, to przez nazwisko ta sprawa w jakiś sposób przekłada się też na sytuację ojca. Społecznie jest on w pewnym stopniu napiętnowany. Tak samo jest z sytuacją Widzewa.

PS: Czyli kara wymierzona Widzewowi jest słuszna?

MT: Ja nie twierdzę, że jest słuszna. Uważam natomiast, że była nieunikniona. Natomiast zrobienie w pierwszym rzędzie proces Widzewowi i nałożenie kary bez uczestnictwa czy procesu bezpośredniego winowajcy uważam za nienormalne. W tym kontekście kara nałożona na klub jest nie tylko niesłuszną ale niesprawiedliwą.

PS: Za pana piłkarskich czasów była korupcja w polskiej lidze?

MT: Pewnie była, ale ja nigdy nie uczestniczyłem w pertraktacjach sprzedawania czy kupowania meczów. Pewnie dlatego, że mógłbym być nielojalnym członkiem takiej akcji. . Nawet nie próbowano ze mną rozmawiać, bo w podobnych sprawach nie można byłoby mieć do mnie zaufania. Byłbym hipokrytą, gdybym twierdził, że żyłem wtedy w przeświadczeniu, iż wszystko rozgrywane jest fair. Moja podejrzliwość zawsze narastała zwłaszcza na finiszu sezonu.

PS: Czyli film „Piłkarski Poker” to nie było dzieło science-fiction?

MT: Na pewno nie. Potwierdzeniem są dzisiejsze akty oskarżenia prokuratury a dotyczące polskich piłkarzy , działaczy i sedziów . Gdy teraz słyszę, że kilka niedawnych sezonów było ustawionych praktycznie od początku do końca, to włos mi się jeży na głowie. Z tym, że nie mam prawa krytykować, bo wiem, jaka była liga za moich czasów. To tak, jakbym paląc jednego papierosa oburzał się na kogoś innego za to, że pali całą paczkę. Nie chcę i nie mogę być moralistą.

PS: Widzew wróci wreszcie w tym sezonie do ekstraklasy?

MT: W sporcie nie ma stwierdzenia wróci. Każdy z nas pragnie tego i myślę, że jesteśmy na dobrej drodze aby tak się stało. W Polsce pierwsza liga jest tak słaba, a Sylwester Cacek stworzył tak silną drużynę jak na pierwszą ligę, że w ogóle nie powinno się o tym mówić. Niestety piłka rządzi się swoimi prawami i trzeba podejść z wielką pokorą i szacunkiem do każdego przeciwnika aby to sprawdzilo się . Tym bardziej trzeba uważać, że w ocenie minionego sezonu wszyscy dziennikarze zachłysnęli się wynikami Widzewa,  chwaląc zespół na podstawie miejsca w tabeli. Moja ocena minonego sezonu jest calkiem odmienna od waszej.Są tacy co myślą, że aby stworzyc wielką druzynę trzeba robić punkty i awansować. Jest to prawda , ale polowiczna , bo żeby zespół był „ Wielki” oraz dawał satysfakcję i przyjemność najważniejszym osobom w klubie tzn . kibicom, potrzeba „ ślubu” dwóch wiekich antynomi . Te sprzeczności to Skuteczność i Piękno. Jedno dotyczy wyniku, drugie stylu gry. Z tej analizy wyłaniaja sie cztery konfiguracje :1) Gra ani skuteczna, ani ładna 2) Gra nieładna ale skuteczna 3) Gra ładna ale nieskuteczna i 4) Gra ladna i skuteczna. Niestety i stwierdzam to z przykroscią, że Widzew w tym sezonie był tylko skuteczny i w wielu meczach w sposób szczęśliwy. Mam w Szwajcarii wszystkie programy TVP i dobrze wiem, co się w polskiej piłce dzieje .Ogladałem trzy mecze osobiście a resztę w telewizji, dlatego mogę sobie pozwolić na własną ocenę zespołu. Dowodem merytorycznym że mam racje jest fakt, że wszyscy dziennikarze i kibice internetowcy masakrowali zespół, krytykując go za grę do 14 kolejki. Dopiero bezpośrednie mecze z Pogonią i Górnikiem spowodowały, że Widzew zajmuje pierwsze miejsce w tabeli i w myśl zasady zwycięzcy się nie osądza, ani jeden dziennikarz nie zrobił obiektywnej analizy rundy jesiennej. Czy tak samo pisano by o Widzewie gdyby przegrał tylko jeden mecz wygrany szczęśliwie np. z ŁKS-em i miał tylko 3-4 punkty przewagi nad następnymi zespołami ? I dlatego zadaniem członków Rady Nadzorczej, nie powinna być nieobiektywna krytyka i nieobiektywny zachwyt zespołem na podstawie tylko pozycji w tabeli. Jeśli chodzi o przyszły sezon to będzie on bardzo prosty. Wygranie pierwszego meczu z ŁKS-em to prawie gwarantowany awans, bo trzecia druzyna oddali się tak bardzo od Widzewa , że tylko jakiś nieprzewidziany dramat będzie mógł pozbawić nas awansu do wyższej klasy rozrywkowej.. Przegranie tego meczu to calkiem inna para kaloszy. Ale i tak jak już wspomnialem, Sylwester Cacek dał do dyspozycji taki team, że żaden trener nie powinien mieć trudności awansu.

PS: Utrzymuje pan na obczyźnie kontakty z byłymi polskimi piłkarzami?

MT: Z Ryśkiem Komornickim kontaktowałem się najczęściej, ale nie ostatnio, bo przecież trenował Górnika Zabrze. Widziałem ze trzy razy Jurka Gorgonia podczas pielgrzymki do Einsiedeln. To sanktuarium, szwajcarska Czarna Madonna. Pielgrzymuje tam co roku miejscowa Polonia. Ja też. Za czasów prezesów Grajewskiego i Pawelca byłem wiele razy na meczach, ale unikałem działaczy i to spowodowało, że kontakt z moimi kolegami z zespolu był także ograniczony. Mam nadzieję , że teraz stworzymy klub „Starego Widzewa”, aby cyklicznie się spotykać podczas moich pobytów w Polsce.

PS: Pewnie z rozrzewnieniem wspominacie sobie najlepsze czasy Widzewa…

MT: To był najlepszy czas nie tylko Widzewa, ale całej polskiej piłki. Cieszę się, że mogłem grać w takim złotym okresie. Mieliśmy strasznie silną drużynę,. Młynarczyk, Boniek, Smolarek, Żmuda, Wójcicki a do tego Grębosz, Rozborski, Surlit, no i ja. Radziliśmy sobie z takimi ekipami jak Juventus, Liverpool ( mistrz Europy ) czy Manchester United. Jaki inny polski klub może się pochwalić takimi wynikami?

PS: Był jednym z najlepszych piłkarzy Widzewa, a jednak to nie Tłokiński a Boniek zrobił wielką światową karierę. Podobno zawsze mu pan tego zazdrościł?

MT: Kiedys takie stwierdzenie czytalem w książce napisanej w roku 1992 przez mojego kolegę z boiska Józka Mlynarczyka w ksiażce „ Kochana Piłeczko” Myślę, że wtedy szybciej mówił niż myslał. Jeżeli ktoś myśli o takiej prostej złośliwej zazdrości, którą kiedyś ktoś nazwał „ polska bezinteresowna zazdroscia”, to jest w grubym błędzie.Uczucie zazdroszczenia w tym sensie jest mi calkiem obce i nigdy nie towarzyszyło mi w moim życiu. Ale gdy widziałem, jak Zbyszek jechał na kadrę, to tez marzylem aby pojechac . Takie mysli mieli wszyscy pilkarze Widzewa . Poza tym znane nazwisko na całym świecie robiło się i robi do dzisiaj w znanym klubie zagranicznym a nie polskim . Różnica między nami polegała na tym, że dla niego tym największym klubem był Juventus a dla mnie Widzew. Aby być w bardziej prestiżowym klubie zabrakło mi na pewno jeszcze wyższych umiejętności i może trochę szczęścia, ale i tak cieszę się z tego co osiągnołem. Byli odemnie lepsi piłkarze, ale byli także i słabsi.

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć , że Zbyszek był dla mnie punktem odniesienia jeśli chodzi o motywację do rywalizacji sportowej w klubie . Zawsze podziwiałem go za jego piłkarskie umiejętności . Myślę,  że mieliśmy podobne charaktery, ale inne zasady moralne i to powodowało, że dochodziło od czasu do czasu do ostrej wymiany pogladów. Nigdy jednak nie mogło to wpłynąć ( jeśli o mnie chodzi ) na szacunek jaki miałem dla Zbyszka jako partnera do gry . W moim zyciu wyznaję zasadę, że wolę grać lub pracować z największym wrogiem, który jest dobry w swoim zawodzie niż z własnym bratem, który takich umiejętności nie posiada. Dowodem na to,  że może oboje tak myślimy jest fakt, że nigdy nie krytykowaliśmy się w prasie a wręcz przeciwnie . Przed meczem przeciwko Juwentusowi Zbyszek powiedział, że „ zawodnikiem Widzewa którego najbardziej się obawiają zawodnicy Juwentusu jest Tłokiński ” Kto mógłby tak myśleć w Juventusie bez potwierdzenia tego przez bylego zawodnika Widzewa ?

PS: Czego panu brakowało, że jednak pan nie jechał?

Może jeszcze większych umiejętności , ale tak naprawde to myśle że nie mieściłem się w ukladzie. Przecież dwukrotnie w prasowych rankingach byłem najlepszy na swojej pozycji w polskiej lidze, ale to tylko prasa mnie doceniała. Nie byłem najlepszy – Szarmach czy Gadocha, a nawet cała pierwsza jedenastka mnie przebijała, to jasne. Ale prócz tych pewniaków o pozostałych powołaniach do kadry decydowały już układy z trenerem ponieważ wybór ilościowy i jakościowy tzw. dublerów w tym okresie był tak ogromny, że można było stworzyć nawet trzy reprezentacje których nikt by się nie powstydził, a sukcesy mógł osiagnąć z takimi zawodnikami każdy trener.

PS: Co bylo pana najwiekszym osiagnieciem ?

Zespołowym to dojście do półfinalu PUCHARU MISTRZÓW w dawnym systemie bezpośredniej eliminacji i znalezienie się w czwórce najlepszych drużyn Starego Kontynentu.

Indywidualnym to nie to że byłem królem strzelców, ale to że dziennikarze określali mnie jednym słowem „ wszechstronny” . Nie w teorii, ale w praktyce.Wzieło się to z tego, że jako najlepszy strzelec ligi polskiej w pucharach musiałem kryć Paolo Rossiego, która strzelców MŚ i najlepszego strzelca Włoch oraz Iana Rusha najlepszego strzelca ligi angielskiej i zdobywcę Złotych Butów Nie przeszkodziło mi to uplasować się za Paolo Rossim w klasyfikacji strzelców Pucharu Mistrzów. W polskiej lidze grałem jako napastnik, pomocnik i obrońca. 30 proc. w obronie, 30 proc. w pomocy 30 proc. w ataku. – tak wyglądał mój sezon, w którym byłem królem strzelców. Nie wiem czy ktoś w świecie zrobił coś podobnego . Nie ukrywam, że jest to dla mnie satysfakcja, którą traktuję jako moralny Rekord Ginnesa w mojej karierze i która zawdzięczam moim trenerom a szczególnie Waligórze. Bo to on po raz pierwszy zrobił ze mnie obrońcę i myślę, że dzięki wszystkim trenerom mógłbym z łatwością wygrać tytuł najwszechstronniejszego piłkarza w historii polskiej pilki, co wcale nie znaczy najlepszego. Ale największym wyróżnieniem była relacja wyjątkowego szacunku i przyjażni poprzez dobra grę z kibicami . To publiczność była motorem dla moich występów w Widzewie. Inną satysfakcją były dla mnie dwie anegdoty dotyczące prezesa Sobolewskiego. Kiedyś zagrałem z Władkiem Żmudą w obronie. Po meczu z Legią prezes Ludwik Sobolewski mówi do mnie „Mirek nie wracaj już do przodu. Graj ze Żmudą na stoperze, to będziesz grał w kadrze”. Nie posłuchałem. Może to był błąd, bo prezes przeciez znał się na piłce. Druga to podczas jego pobytu u mnie w Lens. W pewnym momencie zwróci się do mojej żony Barbary i powiedział „ Basiu, wiesz że bardzo was lubię i cieszę się że tak się ustawiliście , ale powiem ci prawdę , że gdybym jeszcze raz mia sprzedawać zawodników Widzewa, to sprzedał bym tych samych , ale nigdy nie powinienem sprzedac Mirka”. Może to był jego błąd, ale bardzo szczęśliwy dla mnie i mojej rodziny.

PS: Przyjaźni się pan z Arsene Wegnerem, którego odwiedza pan w Arsenalu. Grał pan w piłkę w Lens u Gerarda Houlliera, który teraz jest dyrektorem technicznym w francuskiej federacji. Bez problemów mógłby pan zrobić staż w Clairefontaine. A z takim papierem zaimponowałby pan nawet szacownej polskiej myśli szkoleniowej. Nic, tylko szturmować PZPN…

MT: Ale ja bym się nigdy nie nadawał do PZPN. Widziałem fragmenty Zjazdu PZPN i nie tylko Zjazdu . To, co zauważyłem jest hańbiące dla mnie jako Polaka. Sposób wysławiania, dyskusji, atakowanie jeden drugiego. Kultura wymiany poglądów była tak kompromitująca, że nie nadawałbym się do takiego towarzystwa w każdym bądź razie aktualnie.

PS: To są właśnie argumenty, żeby próbować coś zmienić. Wszyscy tylko narzekają. A może warto zgromadzić grupę rozsądnych ludzi, którzy przejmą władzę?

MT: Mogę stworzyć grupę dyskusyjną, porozmawiać jak widzę pracę z młodzieżą, ale co to da? Przecież o wyborze decydują delegaci, powiązani z określonymi opcjami, układami

PS: To może trzeba rozbić te układy? Zjednoczyć się z Zbigniewem Bońkiem, a potem pogadać z Kazimierzem Greniem i jego kolegami, żeby dali zjazdowe wsparcie?

MT: Otóż nie. Zmuszacie mnie do tego, bym powiedział, co jest moim celem na całe życie. Jestem prezesem szwajcarskiego Stowarzyszenia na rzecz budowy w Polsce „Międzynarodowego Centrum Wychowawczo – Sportowego dla Sierot, Dzieci Porzuconych i Dzieci z Biednych Rodzin”. Stowarzyszenie ma i będzie miało rolę zbierania funduszy na inwestycję, która jak sama nazwa i statut wskazują musi być zrealizowane tylko w mojej ojczyźnie. To jest cel mojego życia. Znaleźć miejsce , miasteczko , gminę w Polsce na stworzenie i działalność ośrodka z celem „ Wychowania poprzez sport”

PS: A zarazem jest pan jednak w Widzewie – piłce zawodowej.

MT: Gdybym miał propozycję, że będę zarabiał milion dolarów miesięcznie, ale pod jednym warunkiem , że porzucę definitywnie myśl o projekcie z dziećmi, to nie zgodziłbym się. I nie zamieniłbym tego za żadną intratną posadę.Wysokie stanowisko w jakimś sensie byłoby możliwe chwilowo, w oczekiwaniu na realizację projektu, ale na dłuzszy czas uniemożliwiłoby mi realizację mojego marzenia. Nie można łapać dwie sroki za ogon. Teraz już wiecie, jaki jest sens mojego życia. Możecie mi nie wierzyć, ale właśnie tak jest.

PS: Nie znaliśmy pana z tej strony. Nikt w Polsce pana nie znał. Skąd się wzięła ta pasja?

MT: Zaczęło się od sportu dla bezrobotnych. Burmistrz najbogatszej dzielnicy w Lozannie, w której mieszkałem, zaproponował mi realizacje jego idei zorganizowania pierwszego chyba w historii Szwajcarii programu „ Sport dla bezrobotnych”. To była połowa lat 90. Wtedy już skończyłem wyczynową karierę, a burmistrz był dawnym piłkarzem Lausanne. Dałem się porwać jego pomysłowi, prowadziłem z bezrobotnymi poczatkowo 5 zajęć w tygodniu, a po miesiącu było 20 zajęć w tygodniu, cztery dziennie – dwa do obiadu i dwa po obiedzie. Nie tylko piłka. Pływanie, koszykówka, siatkówka , tenis , badminton , jazda na rowerach oraz inne. Całkowicie mnie to pochłonęło. Warunki do zajęć mieliśmy znakomite, a halę taką, jakiej nie mają nawet wyczynowcy, korzystaliśmy z sal gimnastycznych w różnych szkołach, wszystko rozpracowałem logistycznie. Jak w szwajcarskim zegarku. Ale gdy przeniosłem się do Genewy, nie mogłem tego kontynuować. Pozostal jednak smutek duchowy po tej przygodzie z bezrobotnymi. Myslalem caly czas o tym w jaki sposób przetransformować przeżyte doświadczenie i moje wyksztalcenie na coś innego .

I druga sytuacja. Pojechałem kiedyś do Olsztyna z prezentami dla Domu Dziecka. Rozmawiam na korytarzu z dyrektorem placówki o tym jak mogę pomóc. Nieopodal jadalnia, a w niej obiad. W pewnym momencie odwróciłem się i widzę ustawione w rządku dzieci, było ich chyba sześcioro. Gdy obruciłem się, dzieci nie przestraszyły się, ale pozostały nieruchome , bez słów wpatrzone we mnie .Wystarczyło, że spojrzałem im głęboko w oczy, by zrozumieć, co powinienem w życiu robić i dla kogo. Pomyslałem Eureka! Zajmę się wychowaniem dzieci poprzez sport. Ukształtowanie charakteru dziecka poprzez ćwiczenia i gry zespołowe to najpiękniejsza forma wychowania. „ Grajcie i bądźcie szczęśliwe” to słowa przewodnie przedsięwzięcia którego chcę się podjąć.

PS: To Stowarzyszenie już działa?

MT: Tak. W oczekiwaniu na realizację projektu postanowiłem już z moimi przyjaciółmi działać w formie pomocy charytatywnej . Już pomagamy. Były już wyprawy na Ukrainę. Konkretna pomoc. Robimy zbiórki po szwajcarskich szkołach. Obuwie, ubiory, słodycze. Jeżdżę od dziesięciu lat. W ubieglym roku pomogliśmy finansowo w zorganizowaniu koloni dla biednych dzieci z Łodzi w Górach Swietokrzyskich. Byłem także z nimi osobiście.

PS: I to wszystko koliduje z pana działalnością piłkarską?

MT: Jeżeli miałbym wykonywać jakąś regularną prace w PZPN, to by kolidowało. Ale na przykład w Widzewie mogę działać. Praca w radzie nadzorczej mi nie przeszkadza. Jest to kilka wizyt w Łodzi w ciągu roku . Problem jest inny.

PS: Jaki?

Szukam w Polsce miejsca, gdzie mógłbym utworzyć placówkę dla potrzebujących dzieci i nie jest to łatwo. A mam konkretną propozycję. Jeżeli miałaby to być mniejsza miejscowość, to jestem gotów pomóc w przyciągnięciu sponsorów do miejscowego klubu. W jakichś rozsądnych ramach moglibyśmy tam zbudować całkiem fajną piłkarską drużynę i szkółke piłkarską . To wszystko przy okazji budowania ośrodka dla dzieci. Przy tej działalności nie ma natomiast mowy, by ktoś mógł cokolwiek zarobić. Wszystko ma być na funkcjonowanie ośrodka. Gdy przed laty przedstawiłem taki pomysł radnym Olsztyna, to chyba byli rozczarowani i z projektu pozostały nici.

PS: Fundacja charytatywna? Zawsze ktoś może pana posądzić o jakiejś machlojki….

Nie obchodzi mnie to. Jeżeli ktoś będzie chciał, to na pewno mnie oskarży, z czystej zawiści czy złośliwości. Polska jest aktualnie w okresie przejściowym. Tragicznym moralnie i intelektualnie. Ta uwaga nie dotyczy tylko PZPN ale kultury i polityki . To wszystko jest żenujące. Ale to się będzie zmieniać. W Szwajcarii takie standardy są zupełnie niedopuszczalne. Na szczęście w Polsce są dziennikarze , którzy ujawniają afery, demaskują, ośmieszają. I skompromitowani i niekompetentni ludzie powoli są eliminowani.

PS: A Antoni Piechniczek uważa, że we współczesnej Polsce bardzo szkodliwe są właśnie media, które nie pozwalają spokojnie pracować. Czyli lata mijają, a wy dalej w poglądach jesteście po przeciwnych stronach księżyca?

MT: Nie konfrontujcie mnie z Panem Piechniczkiem. Zdobył medal na mundialu. To jego wielki życiowy sukces.Tym się chwali Aktualnie jako działacz nie wykazuje żadnej inicjatywy i ambicji zrobienia czegokolwiek . Nigdy nie słyszałem z jego ust propozycji zmiany aktualnego stanu rzeczy, wprowadzenie ambitnego programu ,więc co ja o nim mogę powiedzieć?

PS: A nie ma pan marzenia, żeby spróbować sił jako trener pierwszej drużyny Widzewa? Jeden raz.

MT: Nie mam takiej ambicji, ale jeden raz gdziekolwiek byłoby może szansą otrzymania odpowiedzi na pytanie czy moje doświadczenie i odkrycia oraz zasady sprawdzą się w piłce zawodowej, bo z młodzieżą sprawdziły się .Obawiałbym się jednak , że w przypadku sukcesu szybko miałbym dramatyczny dylemat między kontynuacja i mamoną a moim projektem . Solą piłki zawodowej są dzieci oraz młodzież i tu widzę moje przeznaczenie.

PS: Nie wróci pan na stałe do Polski?

MT: . Jest to możliwe. Ale w Szwajcarii już zapuściłem korzenie i nie da się ich wyrwać. Kiedyś chciałem czekać, aż polski orzełek dostanie koronę. To się stało, ale jednak nie wróciłem. Mam nadzieję że wrócę na stałe w odpowiednim momencie do sierot i dzieci. To jeszcze przede mną. Cały czas jestem w połowie drogi.

PS: Jest pan bogatym człowiekiem?

MT: Nieźle sytuowanym. Tak chyba mogę powiedzieć.

PS: Pytamy o to, bo odstaje pan od stereotypu polskiego piłkarza. Jeżeli piłkarz ma luksusowy samochód, to potem chce mieć willę z basenem. A potem jacht, a potem samolot. Konsumpcja. A pan tu nam opowiada o pomocy dla biednych dzieci. Ludzie w Polsce zaczną się zastanawiać, o co mu chodzi? Chce wyciągnąć kasę? Religijny dewot?

MT: Jestem religijny. Przez dziesięć lat byłem członkiem i prezesem Rady Parafialnej Misji katolickiej w Genewie, ale tylko uwaga na marginesie.. Mam misję do wykonania. W moim życiu nastąpił przełom. Nie mam zamiaru tego ukrywać. To są momenty, o których mówiłem. W Widzewie kiedyś byłem zwyczajnym piłkarzem z wszystkimi zaletami i wadami. Lubiłem się zabawić, wyjść do dyskoteki, zabawić się. Jak każdy normalny facet.

Rozmawiali Antoni Bugajski (Przegląd Sportowy), Dariusz Tuzimek (nSport)

IMG_9897-11

Kariera rozpływa się jak mydlana bańka

Wywiad dla wiadomosci24.pl: 2012-04-11

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/miroslaw_tlokinski_kariera_rozplywa_sie_jak_mydlana_banka_230178.html

W czasie pobytu w Polsce Pana Mirosława rozmawialiśmy na temat zbliżającego się Euro 2012, piłki, syna Philippe i aktorstwa. Zapraszam do przeczytania wywiadu z byłym piłkarzem Mirosławem Tłokińskim. Mirosław Tłokiński, popularny piłkarz w latach 70., reprezentant Polski, który ciągle jest wielkim fanem futbolu. Prywatnie tata młodego aktora Philippe’a Tłokińskiego.

Justyna Borowiecka: Pamięta Pan od czego zaczęło się Pana zainteresowanie piłką nożną? Podpatrywał Pan jakiegoś piłkarza? I marzył o tym, że gdy dorośnie będzie taki jak on?

Mirosław Tłokiński: W moich czasach fascynowały mnie i wszystkich kibiców cztery drużyny: Ajax Amsterdam, Liverpool FC, Feyenoord Rotterdam i Bayern Monachium, ale największy podziw wzbudzał Ajax ze swoim futbolem totalnym. Zawodnikiem, w którego byłem wpatrzony i to zostało do dnia dzisiejszego był Johann Cruyff, drugim był Beckenbauer. Obu, oprócz wartości czysto piłkarskich, takich jak technika, charakteryzowała wielka inteligencja taktyczna.

Co zadecydowało, że został Pan piłkarzem?

- Myślę, że dzisiaj mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że było to moim przeznaczeniem być piłkarzem. Zadecydowała jednak wola, determinacja i ciężka praca. Każdy człowiek ma jakiś talent, ale bez tych czynników nie można doprowadzić do realizacji w praktyce swojego marzenia. Siłą wyzwalającą, pobudzającą, były na pewno wspomniane gwiazdy piłkarskie i zespoły dominujące tamtego okresu.

Czy uważa Pan, że teraz jest łatwiej zostać profesjonalnym piłkarzem, niż kiedyś, w Pana czasach?

- Trzeba odróżnić pojęcia dobry piłkarz i popularny. Dzisiaj zostać dobrym piłkarzem jest o wiele trudniej z wielu powodów. Po pierwsze, dawniej nie było tylu dystrakcji kuszących i rozpraszających młodzież w realizacji zaplanowanego celu. Grając w piłkę z kolegami na pobliskich placach i podwórkach, nie myślało się o niczym innym, jak tylko o piłce i nauce. Po drugie (i mówię tylko o sobie) nie myślałem w ogóle o pieniądzach. Pasja do piłki odgrywała pierwszoplanową rolę. Potem okazało się, że można dzięki temu żyć i to dobrze. Natomiast dzisiaj jest bardzo łatwo zostać popularnym piłkarzem dzięki mediom i dziennikarzom, którzy za drobne umiejętności wychwalają piłkarzy. Jeden dobry mecz i interwencja menagera piłkarza u odpowiednich dziennikarzy i trenera reprezentacji i piłkarz ma duży artykuł oraz powołanie do kadry. Gdyby Pani zadała mi pytanie „ Czy łatwiej było zadebiutować w reprezentacji Polski dawniej czy dzisiaj?” odpowiedziałbym, że „dawniej trzeba było cały rok grać dobre mecze ligowe, aby jeden raz zadebiutować w złotej reprezentacji, a dzisiaj wystarczy zagrać jeden dobry mecz ligowy, aby grać cały rok w reprezentacji”.

Dziś kandydatów na piłkarzy kuszą duże pieniądze, sława. Sądzi pan, że pasja odgrywa teraz drugoplanową rolę?

- Na pewno, ale nie jest to wyłączna wina młodzieży, ale ewolucji całego świata piłkarskiego, szczególnie negatywnej w Polsce. Znane są słowa, które nakazują nam wybierać między mamoną a miłością. Ta miłość to nic innego jak pasja. I od tego nikt nie może uciec. Każdy człowiek wierzący i niewierzący w Boga jest „zaprogramowany”, aby kochać kogoś lub coś. Dzisiejsza młodzież kocha bardziej niż dawniej pieniądze, a powodem tej miłości są media, dziennikarze, rodzice i otaczające nas środowisko. Mówiąc krótko, my wszyscy. Pasja nie odgrywa nawet drugoplanowej roli, w każdym bądź razie nie u większości. Nie trzeba jednak patrzeć negatywnie na te zjawiska i na przyszłość, bo jest ogromna liczba młodzieży dobrej i pełnej ambicji, której wychowanie i zasady moralne są nienaruszone. Dobro i zło istniało i będzie istnieć zawsze. Jest to powtarzająca się cyklicznie konfrontacja, walka, ale prawda zawsze zwycięży prędzej czy później.

Czym się różnią dawne metody trenowania od metod dzisiejszych? Czy widzi Pan różnicę?

- Dawniejsze metody nazywałem i nazywam „stalinizmem” tzn. ten trener był dobry, o którym mówiono i pisano ze „goni zespół”, że jest „fizycznym katem”. Aspekt fizycznego przygotowania był pierwszoplanowy i to pozostało u wielu trenerów do dnia dzisiejszego. Aktualnie w Europie i na świecie liczą się trenerzy intelektualiści, stratedzy. Niestety, oprócz pewnych wyjątków, w Polsce trenerzy funkcjonują na starym reżimie przygotowania zespołu do sezonu tzn. wytrzymałością i siłą. W prasie czyta się o przebytych kilometrach i przerzuconych tonach na siłowni. O mądrości strategicznej, inteligencji taktycznej nikt nie pisze.

Czy utrzymuje Pan kontakty z byłymi zawodnikami z klubów, w których Pan grał?

- Mam kontakty sporadyczne. W momencie przebywania w kraju z wieloma kolegami spotykam się, ale nie jest to regularne i częste. Odległość, która nas dzieli, nie jest czynnikiem sprzyjającym.

Na co Pana zdaniem powinno się kłaść największy nacisk w szkoleniu młodego zawodnika?

- Na Wychowanie. To podstawowy filar do jakiegokolwiek następnego etapu rozwoju nie tylko zawodnika, ale człowieka. Potem trzeba doskonalić technikę, a następnie rozwijać intelektualnie czyli taktycznie, bo nie ma taktyki bez techniki. Przygotowanie fizyczne powinno pojawić się później, kiedy organizm młodego kandydata na piłkarza jest ukształtowany. Ale kluczem sukcesu prawdziwej profesjonalnej drużyny są cechy wolincjonalne poszczególnych elementów drużyny tzn. zawodników.

Grał Pan w wielu klubach, z perspektywy czasu, który klub wspomina Pan najmilej i dlaczego akurat ten?

- Pomimo gladiatorskich ciężkich zasad walki, na pewno tym klubem był, jest i będzie Widzew. I to nawet wtedy, gdy wiem, że jego sława powstała nie na zdrowych zasadach przyjaźni międzyludzkiej, ale wręcz przeciwnie. Był to dziwny stwór, gdzie fundamentem nie był wzajemny szacunek zawodników do siebie, ale indywidualna pasja każdego do piłki. Motorem rozwoju była wzajemna zazdrość, ale ta pozytywna, wyzwalająca energię i chęć bycia lepszym od drugiego. Nie była to, jak ktoś to nazwał, tzw. „polska bezinteresowna zazdrość”, ale pełna własnego i zespołowego interesu. A ponieważ trzeba było pokazać to publiczności wspólnie, więc powstała drużyna przypominająca zespół antyterrorystyczny, gdzie wyszkolenie indywidualne każdego z nas w walce czyli na boisku było podporządkowane wspólnemu celowi. Na to, że Widzew jest ciągle najbliższy memu sercu, wpłynęło wiele czynników: pierwsze sukcesy, pierwsze mistrzostwo, pierwsze puchary europejskie i to nie tylko w formie uczestnictwa, ale wielkich zwycięstw i przeżyć. Ale w tym wszystkim największe uczucia radości przeżyłem nie na boisku, ale poza nim. Tymi, którzy mi je dostarczyli byli kibice, łódzcy szczególnie, ale nie tylko. Byliśmy przecież ulubieńcami całej Polski, co odczuwaliśmy na każdym meczu wyjazdowym, zwłaszcza po zakwalifikowaniu się do następnych rund pucharu Mistrzów. Miałem tę szansę i przywilej wyjątkowego szacunku dla mnie ze strony kibiców. I vice versa, ja także kierowałem się całe życie zasadą, że „Bojaźń Boża jest początkiem Mądrości”. W przypadku kibiców moja bojaźń przed nimi polegała na tym, aby ich nigdy nie zawieść, aby nigdy nie zawieść ich wiary we mnie.

Pamięta Pan swój najlepszy mecz? Proszę opowiedzieć, jakim wynikiem się zakończył, z kim graliście itp.

- Bez wątpienia dwa mecze pucharowe z Liverpoolem w Pucharze Mistrzów. Szczególnie ten rewanżowy w Anglii, ze względu na swoją dramaturgię i końcowy efekt. Pierwszy w Łodzi wygraliśmy 2:0, a w rewanżu pomimo porażki 3:2 zakwalifikowaliśmy się do ½ finału Mistrzów. W obu miałem przyjemność strzelić bramkę. Był to największy sukces Widzewa w historii międzynarodowych klubowych rozgrywek. Widzew znalazł się wśród czterech najlepszych drużyn Starego Kontynentu! Dzisiaj wielu dziennikarzy i młodszych kibiców stawia na szali porównania mecze młodszego Widzewa przeciwko Legii (3:2) lub Brondby. Niektórzy, nawet dziennikarze regionalni, stawiają je jako najlepsze w historii. Ale jak można porównywać wyeliminowanie najlepszej drużyny Europy przełomu lat 70. i 80., jakim był Liverpool (w okresie 10 lat zdobyli 7 trofeów europejskich, w tym czterokrotnie Puchar Mistrzów -1977, 1978, 1981, 1983, przegrywając z nami w ćwierćfinale w sezonie1982/83 oraz dramatyczny finał sezonu 1984/85 w Heysel) z meczem ligowym przeciwko Legii czy eliminacyjnymi z nieliczącym się w Europie Brondby. Tym bardziej, że w późniejszej grupie przegrali prawie wszystkie mecze.

Dwa razy zdobył Pan z Widzewem Łódź mistrzostwo Polski. Jakie to uczucie, kiedy drużyna wygrywa i jest najlepsza?

– Towarzyszy temu niekontrolowana eksplozja radości i satysfakcji z realizacji zamierzonego celu. Potem, obserwując i słuchając innych, widzimy, że to własne szczęście, nasz sukces nie jest odosobniony, ale dotyczy i wpływa na wiele tysięcy ludzi. Wtedy zdajemy sobie sprawę z tego, że ta przyjemność, radość, którą sprawiliśmy innym, jest większa od naszej. To właśnie ci wierni kibice wspominają te chwile latami, w momencie, gdy my przechodzimy do następnego etapu walki, do następnego meczu. Nigdy nie podziwiałem swojej gry, ale zawsze byłem pełen podziwu i uznania dla kibiców, którzy nas wspierali. Bojaźń, żeby ich nie zawieść, była siłą napędową mojego podejścia do każdego meczu.

A komu dzisiaj Pan kibicuje (z polskiej ligi i zagranicznej)? 

- Będę się powtarzał, ale kibicuje całym sercem Widzewowi. Jeśli chodzi o zagraniczne kluby to podziwiam i fascynuje mnie gra Barcelony. Kibicuję oczywiście cały czas Arsenowi Wengerowi i jego Arsenalowi ze wzgledu na naszą już dwudziestosiedmioletnią przyjaźń i identyczną filozofię piłkarską, zwłaszcza pracy z młodzieżą.

Korzystając z okazji, chciałam również zapytać o syna – Filipa, który nie zdecydował się zostać piłkarzem, a poszedł drogą aktorską. Wiem, że z początku nie był Pan przychylny pracy Filipa, a jak jest dzisiaj?

- Początkowo chciałem z niego „zrobić” piłkarza. Tym bardziej, że miał talent większy ode mnie. W wieku dziesięciu lat był w reprezentacji Genewy do 12 lat. Popełniłem jednak wielki błąd, bo chciałem zrealizować moje marzenie, a nie jego. Ale zaraz potem zrozumiałem, że wykonywanie zawodu, który się kocha, jest najpiękniejszym darem, jaki człowiek może otrzymać od życia. Dzisiaj jestem dumny z jego początkowych kroków w zawodzie aktora.

Filip jednak tez wybrał niełatwy zawód, bycie aktorem wymaga wielu wyrzeczeń.

- Nawet jak mamy talent i kochamy to, co robimy, musi to być poparte nieustanną ciężką pracą i wieloma wyrzeczeniami. Dotyczy to sukcesu nie tylko w aktorstwie, ale w każdym zawodzie. A , że jest to niełatwy zawód, to wszyscy wiedzą. Ewentualny sukces (tak jak w piłce) nie będzie zależał tylko od niego, ale osób mu towarzyszących w życiu zawodowym takich jak reżyserzy, scenarzyści, koledzy po fachu. Film, teatr, tak jak piłka, jest grą zespołowa. Jak na razie Philippe ma szczęście, bo grając trzecioplanowe role w serialach „Przepis na życie” i „Prosto w serce”, zdobył sobie sympatię i uznanie publiczności. Większym jednak osiągnięciem jest gra w teatrze Komedia w sztuce „Premiera” u boku wspaniałych aktorek i aktorów. To tak, jakby zacząć karierę, grając w wielkim klubie. Największym jednak szczęściem będzie (jeśli w ogóle będzie), gdy jakiś dobry reżyser lub reżyserka, tak jak trener, postawi na niego i rozwinie jego talent poprzez ciekawe i pouczającej widzów role. W polskiej kinematografii nie byłoby wielkiej Jandy gdyby nie było wielkiego Wajdy. Podobnie było z Mastroiannim i innymi wielkimi gwiazdami. Sam talent nie wystarczy, trzeba być otoczonym dobrym zespołem.

W czerwcu rozpocznie się Euro 2012, jak Pan myśli, jakie szanse na wyjście z grupy ma Polska?

- Śmieszy mnie mówienie w mediach o sukcesie wyjścia z grupy. Dlaczego? Dlatego, że jest to najsłabsza grupa, jaka mogła powstać. Nie ma innej słabszej drużyny, którą można byłoby dokooptować do tych zespołów. Polska miała więcej niż szczęście, trafiając do takiej grupy. Wyjście z niej to nie cel, ale obowiązek. Niewyjście, zwłaszcza z dopingiem własnej publiczności, byłoby potwierdzeniem, że jesteśmy najsłabszą drużyną narodową w Europie. Jakie mamy szanse? Polska, nie wygrywa meczów, grając w piłkę, ale wywalcza punkty. Inaczej mówiąc, może nawet zrobić to samo, co Grecja w 2004 roku, tzn. być mistrzem Europy, ale musi być nadzwyczajnie przygotowana fizycznie, grać bezbłędnie w obronie i w ataku mieć szczęście, szczęście i jeszcze raz szczęście, jak Grecy. Nie zmieni to faktu, że Polska nie gra w piłkę, czyli nie potrafi przeprowadzać ataku pozycyjnego. W każdym bądź razie, nie tak jak Hiszpanie czy Włosi. Powiem więcej, może polscy piłkarze umieją grać, ale nie grają, bo albo nikt od nich tego nie wymaga lub po prostu nie potrafią, bo nikt ich tego nie nauczył. Ja odpowiedzi nie znam, ale znają ją trenerzy.

A kto, Pana zdaniem, ma największe szanse na wygraną?

- Największym faworytem jest Hiszpania, której trzon stanowić będą zawodnicy dwóch najlepszych drużyn na świecie: Barcelony i Realu Madryt. Ale w turnieju wszystko jest możliwe, bo o sukcesie decyduje wiele czynników. Jak mówiłem, szanse ma każdy. Natomiast ja będę przyglądał się Holandii i Francji. Holendrzy spełniają jeden z dwóch podstawowych warunków: grają ładną piłkę, jak dawniej Hiszpanie. Brakuje im potwierdzenia tego wynikami na turnieju. Styl i wyniki muszą iść w parze. Mam nadzieję, ze stanie się to w tym roku. Francja natomiast zawsze grała widowiskowo. Dawniej pokolenie Zidana było pod ciągłą presją mediów. Ostatnio bardzo mało się o nich mówi i ten element będzie ich największym atutem. Anonimowość i spokój to ważny element do osiągania zwyciestw, bo w piłkę Francuzi zawsze umieli grać.

Mam tutaj też pytanie od internauty, który pyta: „Panie Mirosławie, co takiego jest z nami, że nie wygrywamy, że non stop się mówi tylko o tym, co jest złe w polskiej piłce. Czy Pan dostrzega jakieś dobre strony?”

- Krytykuje się piłkarzy, ale zapomina się o ludowych przysłowiach i mądrościach „Jaki ojciec taki syn”, czyli „ Jacy trenerzy tacy piłkarze”. Przecież ktoś tych piłkarzy wychował i kształcił piłkarsko. Użyła Pani słowa „nie wygrywamy”, ale żeby „wygrywać”, trzeba „grać”. Już wcześniej wyłożyłem swoją tezę dotyczącą mojego klubu Widzewa, ale dotyczy ona także reprezentacji, a brzmi następująco. Są drużyny grające i walczące. Z tego wynikają cztery możliwe konfiguracje: 1. Drużyny walczące, niewywalczające punktów. 2. Drużyny walczące, wywalczające punkty. 3. Drużyny grające, niewygrywające 4. Drużyny grające, wygrywające Polska, w zależności od dnia, reprezentuje grupę 1 lub 2, ale nigdy 4., a nawet nie 3. Podsumowując, jeśli mówię, że Polska nie gra w piłkę, to mam na myśli nieumiejętność gry ataku pozycyjnego. Gra ciągle kontratakami i atakami szybkimi. Tego typu gra może być nawet skuteczna w meczach eliminacyjnych i towarzyskich, ale rzadko w turniejach. Są jednak jednostki, które to potrafią. Myślę tu szczególnie o Błaszczykowskim czy Lewandowskim. Ale jest to za mało, aby mówić o umiejętnościach i poziomie gry drużyny. Czy dostrzegam jakieś dobre strony w ogóle w polskiej piłce? Tak. Pierwszym elementem jest zaangażowanie władz i działaczy w niektórych miastach Polski. To dzięki nim powstają odpowiednie infrastruktury sportowe. Drugim jest zaangażowanie sektora prywatnego i trenerów. To dzięki tej pracy bezpośredniej w „kuchni”, klubowej powstanie jakaś tam „potrawa”. Jak dobra, nie wiem, to zależy od ośrodków i środków przeznaczonych na nią. Ale zwłaszcza od profesjonalizmu pracujących tam ludzi. Nazywam to powstawaniem „oaz” na polskiej „pustyni”. Z „oaz” powstanie może gęsta, mocna i rozległa zielona struktura. Takimi oazami są Warszawa, Poznań, Kraków i mam nadzieję, że wkrótce także Łódź. Trzecim elementem pozytywnym jest uzdolniona polska młodzież. Ale jej rozwój zależy od aspektu moralnego i filozofii pracy działaczy i trenerów pod skrzydłami, których będą się rozwijać. To ta młodzież jest solą ziemi polskiej, a sól, jak wiemy, ma za główne działanie ochronne przed zepsuciem: teraz i w przyszłości.

Przez wielu kolegów z klubu był Pan uważany za „wyjątek”. Dobrze ubrany, uprzejmy, szarmancki – dziś to kompletnie niespotykane wśród piłkarzy. Sądzi Pan, że ten sport nie wyrabia w młodych ludziach kultury, poszanowania?

- Mówi się, że ubiór jest jednym z elementów odzwierciedlającym charakter człowieka. Osobiście nigdy nie starałem się ubierać na pokaz, nigdy „nie płynąłem z nurtem mody”. Ale ciągle mam ten sam styl klasyczny, te same kolory, które preferuje. Natomiast, jeśli moi koledzy i kibice mówią, że byłem uprzejmy i szarmancki, to sprawia mi to przyjemność, bo świadczy o moim podejściu do ludzi, o odczuciach innych w stosunku do mnie. Jest to przyjemne, jeśli ktoś tak odbiera moje zachowanie. Zawsze staram się myśleć o innych, jest to mój punkt odniesienia każdego dnia życia. Odnośnie tego mam pewną miłą dla mnie historię dotyczącą Philippa. Miła, bo świadcząca, że jabłko spada niedaleko od jabłoni. Wraz z żoną przylecieliśmy z Genewy na spektakl „Premiera”w teatrze Komedia. Po sztuce podeszły do mnie panie szatniarki i spytały, czy jestem ojcem Philippa. Potwierdziłem, a one pogratulowały nam dobrego wychowania Philippa, twierdząc, że jest wyjątkowy, bo zawsze przed i po próbach znajduje czas, aby z nimi porozmawiać. Jest zawsze uśmiechnięty i uprzejmy. Stwierdziły też, że każdego wieczoru obserwują go i kibicują mu. I właśnie to nazywam wielkim sukcesem: wdzięczność i radość innych osób z przebywania w naszym towarzystwie. Pomimo bardzo entuzjastycznej reakcji publiczności i pochlebnych recenzji dla całej grupy aktorskiej, to właśnie to zdarzenie utkwiło mi najbardziej w pamięci i sprawiło satysfakcję. To zdarzenie przyćmiło wspaniały spektakl teatralny. Jeśli chodzi o kulturę i poszanowanie, to sprawa według mnie przedstawia się następująco. Kiedy w 1995 roku, po raz pierwszy w historii Szwajcarii, poproszono mnie o przygotowanie strategii, planu działania i wdrążenia osobiście projektu „ Sportu dla bezrobotnych” jako odskoczni psychologiczno–fizycznej dla 600 osób, które straciły pracę, jego pomysłodawca syndyk Pully powiedział, „że brak kultury kosztuje bardzo drogo społeczeństwo”.Dlatego uważam, że właśnie sport powinien wypełnić tą społeczną przestrzeń zadaniową i być głównym celem pracy z młodzieżą i nie tylko z nią. Moim przewodnim stwierdzeniem jest, „że człowiek jest jak niezapisana tablica, w zależności, co się na niej napisze, takim będzie”. Tymi, którzy zapisują, są rodzice, nauczyciele, trenerzy, reżyserzy, politycy i całe otoczenie. Sport powinien wyrabiać w młodym pokoleniu wszystkie cechy, zarówno moralne, jak i fizyczne, bo „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Dzieci są jak te „kulki śnieżne”, które my dorośli poprzez „obracanie”, formujemy, kształtujemy, rozwijamy, powiększamy w określonym celu. Ważne jest, aby tym celem nie było zrobienie z nich „bałwanów”, ale mądrych i kulturalnych ludzi, bo to pozostaje na całe życie i wpływa na następne pokolenia, a kariera rozpływa się jak mydlana bańka i znika. Rozpisywanie się i chwalenie nas sportowców za to, co zrobiliśmy jest dla mnie bez żadnego znaczenia. Liczy się tylko to, co zrobiliśmy w życiu dla innych ludzi, a nie dla siebie. Nasze sukcesy sportowe pozostają zawsze osiągnięciami osobistymi, nawet wtedy, gdy przysporzyły jednocześnie innym wielu radości.

Wielu rodziców zapisuje wręcz „na siłę” swoich synów do klubów piłkarskich, z nadzieją, że w przyszłości będą wielkimi zawodnikami. Czy w związku z tym jest sens szukać takich „perełek” wśród zwykłych dzieciaków, grających na osiedlowych boiskach?

Ta nadzieja rodziców to w większości przypadków mamona, czyli pieniądze, a nie dobro dzieci. To albo ich marzenia, albo nieuzasadnione marzenia ich dzieci, na których wielki wpływ mają media. One są ubrane przez rodziców w przepiękne koszulki Realu czy Barcelony, ale nie mają talentu, wtedy, gdy inne nie mają co jeść. Do klubu, żeby się dostać, najpierw trzeba zapłacić. W Polsce, talenty były, są i będą. Jak w tej przypowieści biblijnej o talentach, trzeba je samemu rozwinąć, powiększyć oraz stworzyć warunki do rozkwitania i zaowocowania dwukrotnie, trzykrotnie, pięciokrotnie itd. Ale zanim da się im zadania rozwoju, trzeba je najpierw odkryć. I to zadanie jest najtrudniejsze. Bez tego nie ma dalszego ciągu. Powiedziałem już to w artykule zatytułowanym „Przyszłość jest na wsi” (wrócimy jeszcze do tego tematu w dalszej części wywiadu) i nie myślałem, że w mieście talentów nie ma, ale na wsiach te dzieci są zaniedbane i nie mają takich możliwości jak w wielkich aglomeracjach. Tak samo są zaniedbane dzieci w miejskich biednych dzielnicach, na osiedlowych boiskach. Wszystko dlatego, że nie ma chęci, wizji, entuzjazmu, strategii, która obejmowałaby te dzieci w planach ludzi dorosłych, rządzących, decydujacych o losach całego młodego społeczeństwa. Dlatego uważam, że nie tylko jest sens szukania „perełek”, ale wręcz moralny obowiązek.

Czy dziś, po tylu latach, równie chętnie Pan wychodzi na boisko? Gra Pan jeszcze czasami?

- Gram nieraz gierki treningowe z moimi zawodnikami 3-ligowej drużyny i weteranami. Jedne z najpiękniejszych corocznych spotkań to pierwszostyczniowe mecze weteranów Arki i Bałtyku. Nie zawsze mogę być w tym dniu w Gdyni, ale gdy gram, odczuwam wielką radość i przyjemność spotkania dawnych kolegów, takich jak Mietek Rajski czy Tomek Korynt. W tym dniu grają trzy pokolenia piłkarskie. Tyle lat minęło, a my jeszcze żyjemy i cieszymy się jak dzieci, grając razem i z innymi.

Mając w pamięci cytat z filmu Zaorskiego, „Piłkarski Poker”, czy to właśnie jest przyczyną polskich niepowodzeń? „Panowie, tak to wygląda na dwie kolejki przed końcem: Mutra Lublin, Oceania Gdynia, Koks Wałbrzych, Odlew Poznań. I tak powinno zostać. Zakładamy spółdzielnię. Spadają, Starówka i Biała Białystok”. Jednak wydawać by się mogło, że korupcja nie dotyczy tylko Polski

- Każdy człowiek od stworzenia świata ma dwie drogi. Drogę prawdy i drogę kłamstwa. Ta druga to nic innego jak korupcja, oszustwa i inne złe rzeczy. Fundamentem takiego działania w życiu jest brak podstaw, czyli zahamowań moralnych starszego pokolenia, zwłaszcza tych, którzy są u władzy. Wszystko można, jeśli przynosi mi korzyść materialną. Jest przecież powiedzenie polskie „ryba gnije od łba”, czyli głowy. Tą głową są władze sportowe, a dokładnie PZPN. Jest to jeden z ostatnich bastionów o kulturze komunistycznej w wolnym kraju. Państwo w państwie. Dopóki nie utnie się „hydrze” głowy, dopóty w sporcie polskim nie będzie dobrze. Ci ludzie i trenerzy chwalą się, że odnosili dawniej sukcesy z reprezentacją, ale to nie ich zasługa a ulicy, podwórek, boisk w parkach i wielu setek bezimiennych trenerów wychowawców. To oni chodzili po Krakowskich Błoniach, parkach Wybrzeża czy dzielnicach Warszawy. To oni odkrywali i szkolili te młode talenty. Ta młodzież została wychowana i nauczona gry w piłkę przez tych bezimiennych trenerów, zapomnianych dzisiaj i pracujących społecznie pasjonatów. To im cześć i chwała. Dzięki nim i trenerowi Górskiemu rozwijało się najzdolniejsze pokolenie w historii polskiej piłki. Następcy nie rozbudowali już ukształtowanego sytemu, ale zrobili na nim jeszcze ostatnie sukcesy, doprowadzając powoli do całkowitego upadku. Dzisiaj chwalą się tym, co osiągnęli, ale nie mówią dzięki komu oraz o tym, co zniszczyli i pozostawili swoim następcom. W Polsce od 30 lat, a nawet więcej, nie ma strategii pracy z młodzieżą. Przecież ewentualny sukces reprezentacji Polski na Euro 2012 nie będzie owocem zaplanowanej filozofii, ale wielkim przypadkiem. Natomiast porażka będzie realnym, przewidywalnym i logicznym owocem pracy organizacji sportowych. Chciałbym, aby Pan Zaorski nakręcił „Piłkarski poker 2”. Mam nawet pewna idee, bo zasady się nie zmieniły a korupcja króluje cały czas, ale zmieniły się sposoby, metody oraz oprawa wokół piłki.

Komentarze internautów na jeden z udzielonych przez Pana wywiadów. Kiedy się je czyta, aż chce się zadać pytanie, dlaczego Pan Nas (polską piłkę) zostawił? Czy nie widzi Pan szansy na to, aby pracować, kształcić młodych u nas?

„Ten wywiad jest EPICKI! Dzięki Eurosport za niego. Tłokiński porusza tu tyle ważnych kwestii, że każdy działacz, trener i dziennikarz powinien sobie go wydrukować i powiesić nad łóżkiem.

P.S. Wczoraj grałem na tytułowej wsi, gdzie dzieciak 9, 10-letni mieszał niemożliwie…

P.S.2 Ten wywiad jest tak świetny, że musiałem tu zostawić komentarz, a to mój 1. Tłokiński na prezydenta! „Tłokiński ma całkowitą rację” -Od Kubiszon98 | 04/09/2011 – 22:15 „Jeden z najlepszych wywiadów jakie czytałem :) Szkoda, że w PZPN nie ma takich ludzi z pasją” – Od sciri7 | 04/09/2011 – 19:48 „Warto przeczytać. Widać, że Pan Mirek to inteligentny człowiek i wie o czym mówi. Jeśli ktoś się zastanawia, dlaczego polska piłka jest słaba, to po przeczytaniu nie powinien mieć już wątpliwości. Polecam.” Od kermit17 | 04/09/2011 – 18:5.

Pamiętam, był to wywiad zatytułowany „Przyszłość jest na wsi” na Eurosport.pl Są to bardzo miłe i przyjemne słowa, za które autorom dziękuję, bo napawają mnie osobiście optymizmem i nadzieją, że są jeszcze w Polsce ludzie mądrzy, czyści, nieskorumpowani i mający podobne do mnie wartości moralne. Jeśli chodzi o życzenia prezydentury, to podstawą w dzisiejszych czasach funkcjonowania w polityce nie jest język prawdy. W innych krajach mówi się o tak zwanym języku dyplomatycznym tzn. sztuce takiego mówienia, aby zataić prawdę. U nas w Polsce, nie tylko nie korzysta się z tego hipokrytycznego języka, bo wymaga on dużej umiejętności, ale wprost okłamuje się społeczeństwo, nie ponosząc za to żadnych konsekwencji. Politycy „śmieją się ludziom w żywe oczy” tym, którzy im zaufali i wybrali. Jeśli chodzi o łączenie słów PZPN z pasją ludzi tam pracujących, to chciałbym przypomnieć, że pasja to synonim miłości, miłość to szukanie prawdy, a jej znalezienie to sprawiedliwość, a sprawiedliwość dotyczy ludzi, dla których się pracuje, czyli całej rzeszy młodego pokolenia polskiej młodzieży i ich rodzin, bo jest to, jak już wspomniałem, sól polskiej ziemi i nie można jej zniszczyć. Na podstawie artykułów prasowych do PZPN-nu żadne z tych słów nie pasuje, raczej – zakłamanie, hipokryzja, niesprawiedliwość, obłuda, korupcja. Widać z tego, że nie mam atrybutów ani na polityka, ani członka PZPN-u. Odpowiadając na Pani ostatnie pytanie, to jest szansą, że będę pracował dla dzieci i młodzieży polskiej, bo jestem w trakcie zakończenia rozmów z władzami Miasta Łodzi i dzielnicy Stoki w sprawie realizacji mojego projektu utworzenia międzynarodowego ośrodka „Wychowania poprzez sport”, a przeznaczonego dla szerokiej grupy dzieci i młodzieży od sierot i ubogich począwszy a na samozgłaszających się skończywszy. Celem nie będzie kreowanie mistrzów sportowych, ale wychowywanie. Mam wielką nadzieję, że dzięki łódzkim politykom, takim jak Pan prezydent Krzysztof Piatkowski i ludziom dobrej woli z dzielnicy Stoki, Łódź będzie, tak jak w dotychczasowej w karierze piłkarskiej, „moją Ziemią Obiecaną”.

Dziękuję za rozmowę i poświęcony mi czas. Życzę wielu sukcesów !

- Również dziękuję i pozdrawiam wszystkich czytelników!