Przyszłość jest na wsi

W przyszłym roku przed Polską mistrzostwa Europy 2012. Ale czy nawet zwycięstwo w tej imprezie rodzi szansę na lepsze czasy dla rodzimego futbolu? Są przykłady, które pokazują, że nic się pod tym względem nie zmieni. – Przyszłość polskiej piłki leży na wsi.

Wywiad dla Eurosport.com 04.09.2011

Niedawno zakończył pan okres trzyletniej pracy w Widzewie. Jest pan trenerem młodzieżowych drużyn w Szwajcarii. Jak odbiera pan polską piłkę z tej bliższej i dalszej perspektywy?

Z jednej strony mam spojrzenie bardzo negatywne, ale jestem człowiekiem podchodzącym do życia pozytywnie, więc widzę dwa elementy. Aktualna negatywność to owoce, powiedzmy, ostatnich 30 lat. Natomiast pozytywne objawy to perspektywa przyszłości, ale jeżeli mówimy o przyszłości nie dotyczy ona turnieju Euro i najbliższych dziesięciu lat. Rozwój będzie systematyczny z każdym rokiem. Ale jeżeli mówię o tym, że będzie lepiej, to mam na myśli podwyższenie poziomu ligi polskiej. Niekoniecznie musi się to przełożyć na dobro polskiej piłki. Na razie polityka działaczy ukierunkowana jest na sprowadzanie obcokrajowców, co nie wpływa na rozwój polskiej piłki jako całości.

Zatem co stało się przez te 30 lat, że jest tak, jak jest?

Dawniej było tak: byli zawodnicy, były drużyny, ale nie było takich obiektów sportowych, jakie są dzisiaj. Jest kompletnie odwrotnie. Dawniej zawodnicy wychowywali się w sposób naturalny na boiskach szkolnych, na podwórkach, w parkach. Znamy przecież Błonie Krakowskie, znam takie tereny na wybrzeżu. Były dwie fajne, wielkie szkółki piłkarskie – Wybrzeże i tzw. szkoła krakowska. Kluby, które reprezentowały te regiony, były i są. Niestety poziom aktualnie jest niższy tylko z tego powodu, że nie ma takiego ruchu narodowego. Młodzi chłopcy chcący grać w piłkę brali przykład z wielkich idoli. W moim przypadku Lubański z całym zespołem Górnika, czy dla kogoś innego Deyna z Legią. Te drużyny dominowały i nadawały pozytywny blask. Dzisiaj tego przykładu na szczytach praktycznie nie ma. Zniknęły struktury małe i średnie.

Kiedyś na ulicy Świętojańskiej w Gdyni, która jest dla mnie ważnym życiowo miastem, wstąpiła we mnie taka refleksja. Jak byłem dzieckiem i byłem z kilkoma kolegami, mogliśmy grać w jakiejkolwiek szkole od godziny 15., bo już nie było zajęć. Na każdej ulicy, prawie na każdym rogu, znajdowały się takie boiska. Dzisiaj na miejscu szkół są budynki bankowe, ubezpieczeniowe, supermarkety, a szkoły scentralizowano i przeniesiono poza granice miasta. Młodzież nie może grać dla przyjemności, kiedy chce i musi się zapisać do klubu.


Ale chyba nie chodzi tylko o to, że mniej dzieci interesuje się piłką nożną i nie ma gdzie grać?

Pytanie trzeba by rozłożyć na pięć tematów, które są tematami oddzielnymi, a jednocześnie współgrającymi. Pierwszy to władze krajowe, czyli PZPN i można dodać ministerstwo sportu. Drugi to działacze klubowi, regionalni. Trzeci temat dotyczy trenerów. Czwarty – zawodnicy i piąty to są media, które, jakby nie było, też wpływają na całą strukturę.

Zacznijmy od pierwszego tematu.

Pochodzę znad morza i tam popularne jest powiedzenie: ryba psuje się od głowy. Grałem w piłkę przez wiele lat. Wiele lat, obserwuję działalność związku i mogę stwierdzić z pełnym przekonaniem, że przez 30 lat Polski Związek Piłki Nożnej nie opracował żadnego planu działania, który by pozwolił na rozwój polskiej piłki, zarówno chłopięcej jak i dziewczęcej. Nie mam na myśli pierwszej reprezentacji, myślę o strategii dla sportu młodzieżowego. Dwie decyzje-pamiątki, które zostają mi w głowie, to podwyższenie pensji miesięcznej prezesa, wiceprezesa i wszystkich czołowych członków. Druga decyzja, która mnie śmieszy, która jest ironiczna i jest wręcz reklamowana jako szczytowe osiągnięcie marketingu to jest zmiana logo PZPN-u.

Nie mam na to słów. Napisali, że nowe logo ma nawiązywać do takich wartości jak: dynamizm, otwartość i profesjonalizm. Zmiana logo ma służyć naprawie wizerunku związku i odzyskania zaufania społecznego. Tak perfidnej hipokryzji jeszcze nie słyszałem, dlatego że w PZPN-ie przez 30 lat nie dostrzegłem ani otwartości, ani profesjonalizmu, ani dynamizmu. Od kiedy naprawa wizerunku jakiejkolwiek instytucji czy jakiegokolwiek człowieka zaczyna się od zmiany napisu? Nauczono mnie, że aby poprawić swój wizerunek to liczą się czyny i owoce własnej pracy. Mam wrażenie, że PZPN myśli, że jeśli na moich drzwiach będzie napisane “skorumpowany człowiek”, a ja je przemaluję i napiszę “uczciwy człowiek” to będzie w porządku. Natomiast hasło: “łączy nas piłka” jest przypomnieniem, że jest to dawna struktura komunistyczna. Przypomina hasło z poprzedniego systemu: “proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Ja bym dodał jeszcze coś innego. “Łączy nas piłka, ale różnią finanse”. Ci, którzy są w PZPN-ie zarabiają ponad ich potencjał organizacyjny. Natomiast drobne struktury typu małe kluby nie mają dodatkowych pieniędzy na otworzenie kolejnej grupy szkoleniowej dla młodzieży. Finanse PZPN-u powinny być przeznaczone na wielki narodowy plan rozwoju polskiej piłki.

Jak taki plan miałby wyglądać?

Przykłady już istnieją i widzimy efekty. Pamiętamy lata 1998 – 2000. To były sukcesy reprezentacji Francji, która była mistrzem świata i Europy. Zanim jednak doszło do skutku, co się stało? Dziesięć czy nawet piętnaście lat wcześniej Francja, dzięki swojej federacji, stworzyła strukturę organizacyjną. Powstał ośrodek centralny i ośrodki wojewódzkie, mówiąc obrazowo. Gdy Francuzi otrzymali organizację mistrzostw świata, mieli już ukształtowane pokolenie Zidane’a i jego kolegów.

Drugim przykładem są Hiszpanie, którzy przez wiele, wiele lat zawsze byli znani z tego, że posiadali wielkich piłkarzy, a w wielkich turniejach zatrzymywali się w ćwierćfinałach czy jeszcze niżej. Dopiero strategia pozwoliła na to, by święcić sukcesy nie jednego roku, tylko systematycznie i to na różnych poziomach. Różnica między Hiszpanią a Francją polegała na tym, że tym motorem rozwoju były dwa największe kluby – Barcelona i Real Madryt, których zawodnicy tworzą trzon reprezentacji.

Trzeci przykład. Bardzo prosty i fantastyczny. Kiedyś o Japonii nie wspominano, że może liczyć się w piłce nożnej. Wszczepiono sport, który nie był sportem tego kraju. Reprezentacja Japonii teraz liczy się i nie jest chłopcem do bicia. A już wszystkich zaskoczyło w tym roku zwycięstwo reprezentantek Japonii, które pokonały wielkie faworytki. Jeśli spojrzymy od kuchni ten sukces nie był przypadkowy, tylko był planem federacji, która od wielu lat oprócz sportu mężczyzn zbudowała podstawy dla rozwoju piłki kobiet.

I jest też „moja” Szwajcaria, która odnosi sukcesy. Nie pierwsza reprezentacja, ale Szwajcarzy nie tak dawno byli mistrzami świata U-17, a ostatnio grali w finale mistrzostw Europy U-21 i byli to ci sami zawodnicy, którzy zdobyli wcześniej mistrzostwo świata. Jest to wynik czternastoletniego programu. Nic w tych czterech krajach nie jest przypadkowe. Jest to wynik pewnego zaangażowania i woli mądrych, odpowiedzialnych działaczy sportowych.

No właśnie drugi element układanki, czyli działacze.

Są to ludzie zarządzający klubami. Za moich czasów osobą najbardziej dyskretną w klubie, najmniej znaną był prezes. Jedyny znany to był prezes Sobolewski, ale tylko dlatego, że jego klub odnosił wielkie sukcesy. Inni działacze, z samej reguły, z wychowania, byli dyskretni. Ludźmi, którzy się liczyli, którzy działali i którzy napędzali rozwój polskiej piłki byli zawodnicy i trenerzy. To oni byli na pierwszych stronach gazet. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że dziś największym złem są działacze. Oczywiście nie wszyscy, ale duża ich część wydaje się być ludźmi wszech wiedzącymi, wszech rządzącymi i mającymi nawet większą popularność medialną niż piłkarze. Działacze są teraz najsłabszym ogniwem, bo są niekompetentni. Zarząd rządzi, zamiast zarządzać. Traktują piłkę jak przedsiębiorstwo biznesowe. Często nieświadomie robią wielką krzywdę. W tym światku rządzą po prostu całkiem inne prawa. Nie tylko prawa biznesu, bo sport ma też duszę, którą trzeba szanować.

Dobrym przykładem może być historia trenera Skorży, który pod koniec minionego sezonu praktycznie pakował walizki i nieoczekiwanie dalej prowadzi Legię. Miał być zwolniony, a nagle władze klubu, po zwycięstwie nad Spartakiem, mówią, że jego pozycja jest niezagrożona. Innym przykładem może być Arsene Wenger. W Polsce zostałby zwolniony sześć razy.

Niedawno w “Piłce Nożnej” napisałem artykuł m.in. na temat polskiej ligi. Podzieliłem ją na cztery grupy. Pierwsza grupa to drużyny “walczące-nie wywalczające punktów”, druga grupa to drużyny “walczące-wywalczające punkty”, trzecia grupa “grające-nie wygrywające punktów”, ostatnia – “grające i wygrywające”. Maciej Skorża i jego drużyna znaleźliby się w grupie trzeciej. Grali dobrze w piłkę, ale nie wygrywali. Przy dobrej analizie działacze doszliby do wniosku, że praca trenera jest dobra, tylko są również inne elementy, powodujące, że drużyna nie wygrywa. Wiem ze swojego doświadczenia, że jeżeli bierze się drużynę nie umiejącą grać, to następuje faza nie do uniknięcia, czyli zawodnicy z tej roli walczących, wybijających, biegających z piłką, uczą się czegoś nowego, co nie jest dla nich nawykiem od samego początku. Następuje, nazwijmy to, kryzys postępu. W tym momencie można przegrywać. Wtedy dochodzą błędy mentalne, wynikające z braku koncentracji albo błędy technicznie, albo błędy spowodowane nie wypełnianiem planu taktycznego. W konfrontacji z drużynami mocnymi, zespół nie mający szczęścia w takim okresie przegrywa.

Oglądałem mecz Legii na Lechu i uważam, że nie tylko nie mieli szczęścia, bo byli lepsi, ale powinna być też czerwona kartka dla bramkarza za faul. Gdybym był działaczem bądź dyrektorem sportowym po prostu podszedłbym do trenera i bym mu pogratulował meczu, bo jego drużyna była lepsza. Przegrała poprzez błąd sędziego. To wszystko. Takich sytuacji mógłbym podać więcej. Natomiast wielu dziennikarzy nie zwraca w ogóle na to uwagi i sugeruje się wynikiem. Legia przegrała – trener do zmiany. Lech wygrał – Lech jest dobry. A ja uważam, że ani Lech, ani trener w wygranym meczu nie byli lepsi. Wielu ludzi w polskiej piłce, od PZPN-u zaczynając, poprzez wszystkich działaczy, ekscytuje się i nie działa w sposób intelektualny, tylko intuicyjny. Prasa i media mają na nich wielki wpływ. Nie tylko media, ale i też tzw. kibice-internetowcy. Myślę, że wielu z nich zaczyna dzień od kawy i od czytania Internetu i nie wie, jak się ma ustawić w ciągu dnia. Atak jest tak duży, że nie wiedzą, w jaki sposób zaspokoić potrzeby kibiców i zapominają o własnym planie działania.

No i tym sposobem przeszliśmy do grupy trenerów.

Znowu to mówię, ale kiedy my zaczynaliśmy, wielu trenerów-emerytów chodziło po podwórkach i namawiało chłopców, żeby przyszli do klubu. Kiedy tak się stawało trenerzy przekazywali młodemu człowiekowi swoje umiejętności i co najważniejsze, chciałem podkreślić bardzo ważny wyraz – pasję. Chcieli z niego zrobić swojego “syna”, swojego piłkarza. Tak było dawniej. Dzisiaj trenerzy są po pierwsze zaszczuci przez działaczy, bo liczy się tylko wynik i po drugie w sposób automatyczny stają się tchórzami. Z dwóch powodów – bojaźni przed zwolnieniem. To takie słowo, które kolaboruje z tchórzostwem. I drugi czynnik, bo może wielu trenerów nie bałoby się zwolnienia, czyli tzw. brak zabezpieczenia, pewności materialnej. Czyli: czy zwolnienie nie wpłynie w sposób bezpośredni na jego dobrobyt i jego rodziny. Do tego trzeba dołożyć kibiców-internetowców i media. Trenerzy nie patrzą na swoją pracę, na swoje osiągnięcia jak szachista na szachownicę, tylko są w środku i są pionkami. Otaczają ich figury, które są o wiele wyższe, ważniejsze i bogatsze od nich.

Wielu jest bardzo utalentowanych, ale działacze nie dają im czasu na spełnienie zadania. Dla mnie najlepszym trenerem od 20 – 30 lat, bo reprezentuje moje pokolenie i pokolenie, które mnie wychowało, jest trener Śląska Wrocław Orest Lenczyk. Dzisiejszy jego sukces jest tylko i wyłącznie sukcesem jego osobistym oraz drużyny, a nie całego systemu organizacyjnego Śląska Wrocław, a na pewno nie strategii ogólnokrajowej PZPN. Przykład sukcesu samotnika, samotnego żeglarza w tym morzu pełnym rekinów. W moim regionie powiedziałoby się, że trener w dzisiejszych czasach to jest zwykła płotka. Druga sprawa związana jest z relacją trenerzy-media.

Media, czyli temat numer cztery.

Dzisiaj relacja między dziennikarzem a piłkarzem czy trenerem to jest relacja między dwoma wrogami. Kiedyś tak nie było. Dawniej zawodnicy i dziennikarze rozmawiali wspólnie w kawiarni bądź nawet w autokarze. Ja dziennikarzy dzielę w sposób trochę smutny na zawodowców, amatorów i hipokrytów. Zawodowiec, znając warsztat trenera, napisze o nim dobrze albo źle, ale nie tylko na podstawie rezultatów. I gdybym był dziennikarzem, to oceniłbym pozytywnie pracę trenera Skorży w Legii. Natomiast druga grupa dziennikarzy to amatorzy, którzy piszą byle co, bez sprawdzenia źródła i wiarygodności. Im bardziej informacja jest spektakularna, pachnąca aferą – tym szybciej piszą. Dotyczy to głównie gazet regionalnych.

Najliczniejszą grupą są dziennikarze hipokryci. W gruncie rzeczy są zawodowcami. Znają warsztat trenera, znają prawdę, ale z różnych względów układowych, zależności, podporządkowania, piszą kłamstwa i piszą o trenerze, który nie ma w ogóle warsztatu albo który ma kiepski warsztat, piszą po prostu o nim dobrze, wręcz kreują jego wizerunek
Znam trenera, który nie ma w ogóle warsztatu, którego warsztat polega na zatrudnieniu specjalisty od przygotowania fizycznego, z reguły doktora z AWF oraz asystenta do prowadzenia treningów technicznych. Jeden z najbardziej utytułowanych trenerów. Kariera Dyzmy z filmu, przy jego karierze trenerskiej, to jak się mówi żartobliwie “mały pikuś”. O jego postawie moralnej w stosunku do kolegi po fachu w jednym z klubów warszawskich nawet nie wspomnę, bo jest to dla mnie nie do wyobrażenia abym mógł tak postąpić. Mimo niekompetencji, od wielu lat pisze się o nim dobrze, wymienia w gronie kandydatów na selekcjonera. Jak mówią: „ kruk krukowi oka nie wydziobie“.

A piłkarze?

Używam takiego słowa jak “pustynia”. Polska przez ten okres przemian w latach 85 – 2000 stała się pustynią. Wiele czynników wpłynęło na to, że aktualne pokolenie piłkarzy w wieku 25 – 30 lat to pokolenie stracone. Natomiast na każdej pustyni są oazy. Ona może być jednoosobowa. Jednego trenera z pasją, który ma małych chłopców. To może być mały klub, który ma dwie trzy sekcje. Oaza, gdzie jest trochę nadziei, trochę wiary i trochę miłości do piłki. Niestety uważam, że w tym okresie przemian każdy kierował się powiedzeniem “jaka płaca, taka praca”. Dzisiaj słyszę od wielu trenerów stwierdzenia, że nie mamy młodzieży. Nie zgadzam się z tym, że w Polsce nie ma talentów i że trzeba ich szukać na obczyźnie. Tu jest dramat tzw. łatwizny. Lepiej kupić niż wyszkolić, wykształcić. Ma się materiał od razu. Wystarczy tylko mieć pieniądze. Zatracono w ogóle taką analizę potencjału naszej piłki.

Na zebraniach rady nadzorczej od trzech lat krytykowałem mój klub Widzew, że nie umie grać w piłkę. Jedynym trenerem, który przyznał się do tego i powiedział, że mam rację był trener Michniewicz. Dla mnie nieumiejętność grania w piłkę, to jest takie samo zdanie, jak to, że nie umie się grać ataku pozycyjnego. Gdy się do działaczy, trenerów i zawodników powie, że nie umiesz grać ataku pozycyjnego, to tak jakby grochem o ścianę. Po prostu – atak pozycyjny – ładne zdanie i delikatne. Natomiast ja się komuś powie: nie umiesz grać w piłkę – to boli. To powoduje, że człowiek staje się wrogiem, czarną owcą. Ale dlaczego staje się czarną owcą? Tak jak mi kiedyś powiedział jeden z działaczy: „Mirek, wiesz co? Wszyscy w klubie się ciebie boją, ale ja ciebie cenię”. Zmartwiony, zapytałem: „dlaczego się mnie boją? Przecież nikomu krzywdy nie zrobiłem”. On odpowiedział, że “boją się twojej prawdomówności”. Na tym koło się zamyka. Umiejętność gry atakiem szybkim czy kontratakiem jest grą intuicyjną, każdy potrafi ją lepiej lub gorzej przeprowadzić. Atak pozycyjny to inna para kaloszy.

Ale to chyba powszechna wiedza, że gra w piłkę nożną, co niektórym krytykom może się wydawać dziwne, jest grą opartą na myśleniu. Na boisku trzeba przede wszystkim myśleć.

Rozgrywanie taktyczne, szukanie stref wolnych jest umiejętnością intelektualną, jest myśleniem. Dlatego ten element piłkarze powinni otrzymywać od nauczyciela-wychowawcy, czyli od trenera.

Arystoteles kiedyś powiedział, że człowiek jest jak niezapisana tablica. Co się na niej zapisze, to będzie. Można powiedzieć, że młodzież polska jest jak taka tablica. To, co się zapisze zależy od trenerów. Zwalanie przez trenerów winy na inne osoby jest po prostu brakiem ich odpowiedzialności, a zwłaszcza brakiem odpowiedniej analizy. Trener Michniewicz powiedział mi, że w ogóle w Polsce zawodnicy nie mają odpowiedniego poziomu i nikt nie umie grać tak naprawdę ataku pozycyjnego. I tutaj z nim się zgodziłem, czyli ja miałem rację i on. Moja racja to skutek, owoc pracy. Jego racja to przyczyna – technika zawodników. Zawsze powtarzam moim zawodnikom: “nie ma taktyki bez techniki”. Ale nie zgadzam się z tym, że nic się nie da zrobić.

A co można zrobić?

Miałem wiele świetnych przykładów i satysfakcji z tego płynącej, że tak nie jest, dlatego że każdą drużynę, którą brałem, ale naprawdę słabą, na ostatnim lub przedostatnim miejscu, zawsze potrafiłem podnieść na wyższy poziom gry zespołu. Poprzez realizację pracy intelektualno-taktycznej. Dzwoniono po mnie tylko, żebym pomógł. Później pytano się, jak ty to robisz? Odpowiadałem, że kluczem są zawodnicy, kluczem jest człowiek. Każdy posiada swoja mądrość, tylko musi ona być wykorzystana do wspólnego, skoordynowanego działania poprzez naukę, czyli ćwiczenia i gry taktyczne.

Już myślałem, jak polscy trenerzy, że może w Polsce, przepraszam za wyrażenie, młodzież nie jest taka mądra jak tu w Szwajcarii, ale pewne wydarzenie raczej potwierdziło moją tezę. W sierpniu zorganizowałem turniej wraz z panem Dołębskim, wójtem Parchowa. Co się okazało? Że na tym turnieju, gdzie liczba mieszkańców gminy to 300 osób, znalazłem przepięknie grającą drużynę 11-12-latków, którą mógłbym zaprezentować wszędzie. W kraju i za granicą. Oprócz tego znalazłem trzech chłopców – 7, 8 i 10-latka, którzy przedstawiali taki poziom umiejętności naturalnego przemieszczania się po boisku, motoryki i techniki, że tylko przypadek, nieszczęście lub ich brak świadomości, jak są dobrzy, może spowodować, że im nie pójdzie. I to jest tylko jeden mały turniej gminny. Co jest ukryte w całej Polsce aż trudno sobie wyobrazić!

U nas w kraju nie znajduje się talentów? Bo nikomu, za przeproszeniem, nie chce się ruszyć tyłka, ponieważ nie ma struktury pracy z młodzieżą. No bo co mam robić, skoro nie ma planu? Druga sprawa, że nikt nie ma w tym interesu, bo po prostu za darmo dzisiaj w Polsce nikt nie chce pracować i ja to rozumiem. Ale jak powiedziałem na wstępie, pieniądze są, tylko nikt nie umie z nich skorzystać w odpowiedni sposób. Pozytywnym elementem są Orliki, ale to w żadnym wypadku nie jest plan PZPN-u. A ponieważ w miastach zlikwidowano miejsca spotkań młodzieży wokół piłki, dlatego mówię wszystkim działaczom i trenerom, wszem i wobec: “przyszłość polskiej piłki jest na wsi”. Tylko trzeba do niej pójść, bo wieś do działaczy nie przyjdzie.

W Szwajcarii zdobył pan spore doświadczenie, pracując z drużynami młodzieżowymi.

Ja jestem w troszeczkę innej sytuacji, więc na tę przyjemność, którą już rozpocząłem i w przyszłości będę kontynuować, nie tylko, że mnie stać, ale jest to wielka potrzeba duchowa. I to największa. Największym projektem, który przygotowałem dla siebie samego i innych, to otworzenie międzynarodowego ośrodka dla sierot, dzieci porzuconych i dzieci z biednych rodzin. Jako ośrodka, którego zdaniem będzie wychowanie poprzez sport.

Jest to bardzo ważne. Nie kształcenie piłkarzy czy jeszcze jedna piłkarska szkółka. Ale dewizą ma być wychowanie poprzez sport. Głównie poprzez piłkę. Natomiast, jeżeli w tej pracy wychowawczej znajdzie się ktoś utalentowany piłkarsko, może być skierowany do struktury zorganizowanej jakiegoś klubu. Jestem w trakcie finałowych rozmów. Nie będę mówił, o jakie miasto chodzi, bo te plany ciągną się od kilku lat, ale decyzja ma zapaść wkrótce. Jeżeli nie zrealizuję projektu w tym mieście, na pewno chciałbym spróbować z gminą, w której przygotowuję miejsce zamieszkania na lata emerytalne, czyli w “Szwajcarii Kaszubskiej“.

Zmieńmy temat. Niedawno Wisła Kraków była bliska awansu do Ligi Mistrzów. Balon był bardzo napompowany, a co dopiero pomyśleć o Euro 2012. Ale wydaje mi się, że od reprezentacji Polski nie powinniśmy wymagać cudów i nie wiadomo czego w przyszłorocznym turnieju, bo materiał ludzki jest jaki jest. Na zasadzie: niespodzianka – fajnie, porażka – nic dziwnego, trudno.

Jeśli chodzi o Wisłę. Przez wiele, wiele lat reprezentuje z Lechem i Legią drużyny, które są najlepsze w Polsce. Natomiast te drużyny ewoluują, rozgrywając swoje mecze w bardzo słabej lidze, w której nie ma odpowiednich sparingpartnerów. Bokser, żeby rozegrać wielką życiową walkę nie może mieć sparingpartnera, którego zbije w sposób niezbyt wymagający.

Natomiast reprezentacja Polski jest wybierana w sposób jakby intuicyjnej paniki. Przypomina ona zupę „na winie”. Że bierze się wszystko, co się nawinie. Bierze się składniki polskie, międzynarodowe. Do tego dodaje się składnik krajowy. A jeśli to nie wystarcza, to wrzuca sie składnik zagraniczny z polską etykietką i nie zawsze musi się ona kończyć na „ski”. Wszyscy mówią, większość kibiców i dziennikarzy, że polska reprezentacja jest słaba i nie wyjdzie z grupy. Ja z tą teorią się zgadzam, bo jest to reprezentacja nie grająca, tylko walcząca. Natomiast jako piłkarz spotkałem się z taką samą agresją przed meczem z Manchesterem United. Dziennikarze pisali, że 12:0 dostaniemy z Anglikami. Lub po odejściu Zbyszka Bońka i Władka Żmudy wszyscy mówili, że skończymy w piątej lidze. A my osiągnęliśmy największy sukces w historii polskiej piłki klubowej.

Wobec tego biorę pod uwagę, że w piłce jest wszystko możliwe, biorę również pod uwagę taki scenariusz, że reprezentacja Polski może być mistrzem Europy, ale jeżeli polska reprezentacja zostanie mistrzem Europy to tylko w stylu greckim z roku 2004. Wtedy podstawą sukcesu było niemieckie przygotowanie fizyczne, niemiecka dyscyplina taktyczna i szczęście, szczęście, szczęście i jeszcze raz szczęście podczas meczów. Grecja została mistrzem, a co było później, jakie to miało znaczenie dla rozwoju ich piłki? O Grekach od tamtej pory było cicho. Dlatego przyszłość kadry juz znam.

Sukces i porażka reprezentacji Polski na Euro 2012 nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Kibicom mówię tak: Jeśli reprezentacja zdobędzie mistrzostwo Europy, to będziecie przypominać pijanych uczestników zabawy sylwestrowej. 1 stycznia obudzicie się i na wielkim kacu zobaczycie, że miałem rację. Sportowo będziemy bliżej Grecji niż innego kraju. Nie chce być złym prorokiem, ale w polityce gospodarczej może być to samo.

This entry was posted in Wywiady.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>